Każdy ma swój Everest

 

O co chodzi?

 

Marriott Everest Run to 24-godzinny ultramaraton odbywający się na klatce schodowej hotelu Marriott w Warszawie. Co prawda w nazwie jest słowo run ale jest to raczej wchodzenie, ciężko byłoby tyle czasu wbiegać. Do pokonania mamy w tym czasie dowolną ilość pętli od poziomu -1 do 41 piętra, na dół zawsze zjeżdża się windą. Ciekawym aspektem tego wydarzenia jest fakt, że liczba wejść przeliczona jest na wysokość różnych szczytów górskich. Np. aby zdobyć Gubałówkę wystarczy wejść 9 razy, Rysy – 19, Mont Blanc – 36 a Kilimandżaro – 44. Tytułowym celem imprezy jest Mount Everest czyli 65-krotne pokonanie 42 pięter (razem 2730 pięter!) odpowiadające wysokości ponad 8848 metrów. W tym roku odbyła się trzecia edycja MERu, w której wystartowało 177 zawodników indywidualnych oraz 13 czteroosobowych sztafet. Starty odbywały się w pięciu turach, o godzinach: 9, 10, 11, 12 i 13 a do dyspozycji zawodników była strefa odpoczynku, prysznice, masaż fizjoterapeuty oraz obiad w Championsie. Organizatorem tego niezwykłego wydarzenia jest Fundacja Wsparcia Ratownictwa RK (www.fundacjark.org), ta sama, która co tydzień umożliwia treningi towerrunningu w stołecznych wieżowcach (www.facebook.com/groups/biegamyposchodach).

 

 

Mój Everest…

 

Po tym jak w ubiegłorocznej edycji zdobyłem Kilimandżaro nie było innej opcji jak w tym roku zdobyć najwyższy szczyt Ziemi. Od stycznia wróciłem na regularne treningi z grupą biegamy po schodach i co tydzień „katowałem” nogi. Prawda jest jednak taka, że trening trwa 2,5 godziny więc do biegu 24 godzinnego nie sposób się przygotować. Tutaj muszą przejąć sprawy w swoje „ręce” cechy wolicjonalne, czyli głowa. Najlepiej „ultragłowa” ale niekoniecznie. Tak czy inaczej wiedziałem i na początku roku zapowiedziałem, że jednym z moich celów na ten rok jest Mount Everest w ramach tej imprezy. Jako, że śledziłem i czekałem pilnie na zapisy udało mi się trafić do pierwszej grupy, która tego dnia zaczynała o godzinie 9. Wystartowałem więc w pierwszej turze i w godzinę udało mi się wejść 5 razy, mimo, że wówczas działała jedna winda (z planowanych dwóch). Druga godzina to już 4 wejścia, bo dołączyła grupa z godziny 10. Wtedy uruchomiono drugą windę. Jak można się było spodziewać kolejne godziny kiedy już na klatce spotkały się wszystkie tury upłynęły przy wydłużonym oczekiwaniu na windę. Na szczęście Organizatorzy zareagowali i uruchomili trzecią już ostatnią z możliwych windę (pracowniczą) tak aby skrócić kolejki. Nie mniej jednak wówczas dało się wchodzić 3 razy na godzinę, gdyż jedno wejście średnio zajmowało 9-10 minut a oczekiwanie na windę do 10 min. Rozśmieszył mnie jeden z ratowników, który stwierdził: „po co 10 minut wchodzić a potem 10 minut czekać w kolejce do windy”. Przypomina mi się pytanie do pewnego himalaisty: czemu zdobywa on te góry w tak ciężkich warunkach. Odpowiedź brzmiała: bo są 🙂 Tak samo tutaj, wchodziliśmy i czekaliśmy bo taka była droga do zdobycia Everestu, czy innego upragnionego celu.

 

 

Jako, że w planach miałem dłuższą przerwę z powodu osiemdziesiątych urodzin Babci (od godziny 16 do 20) na obiad poszedłem dosyć wcześnie bo o 13. Voucher dołączony do pakietu startowego zapewnił mi smaczny makaron i wodę w sport barze Champions na dole Marriottu. Dobrym ruchem było zainwestowanie przeze mnie w zupę krem pomidorowy z grzankami, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Naturalny potas w tych warunkach wypacania wszystkich minerałów był bardzo przydatny. Po obiedzie do wspomnianej godziny 16 dalej tempo nie było zawrotne, ale trzy windy przyspieszyły oczekiwanie na zjazd do poziomu -1. Zanim ruszyłem na rodzinną imprezę pokonałem 26 wejść ze średnim czasem 9 minut/pętla. Za każdym razem na górze zatrzymywałem zegarek aby wiedzieć ile godzin czystego wchodzenia po schodach mi wyjdzie tego pięknego weekendu. Cztery godziny przerwy, wiadomo 80-te urodziny ma się raz na 80 lat, trzeba to uszanować i uczcić jubileusz Babci. Wróciłem chwilę przed godziną 20, przywdziałem nowe świeże ubrania i w drogę bo sporo ponad połowa drogi przede mną. Tak jak myślałem, doświadczony ubiegłoroczną edycją wieczorem wchodziło się już dużo wygodniej, praktycznie bez kolejek do windy. Dwie z nich śmigały przez całą dobę w tę i z powrotem. Ale nieuczciwym byłoby napisać, że windy same jeździły.

 

 

Przez całą dobę w każdej z nich co jakiś czas wymieniali się wspaniali wolontariusze zwani himalajskim slangiem szerpami. Wytrzymać z dziesięcioma spoconymi i dyszącymi osobami na pewno nie było łatwo, dlatego ogromny szacun. Szczególnie w pamięć zapadła mi jedna dziewczyna, którą szybko okrzyknięto „coachem windy”, gdyż świetnie pobudzała nas do walki swoimi entuzjastycznymi przemowami. Kolejne rotacyjne ekipy szerpów zapewniały nam na 41 piętrze stały dostęp do pysznego izotonika (reklama: Etixx) oraz wody a nawet soli. Świetną robotę a w zasadzie poczucie bezpieczeństwa zapewniali ratownicy medyczni obecni na trasie, którzy czuwali nad naszymi głośnymi oddechami i słabnącymi nogami. Dobrze dla naszego komfortu psychicznego robiły telefony bezpieczeństwa umieszczone co pięć pięter, w razie czego można było zadzwonić po medyka.

 

 

Wracając do mojej wspinaczki, jako, że był już wieczór, czyli pojawiały się coraz większe szanse na bycie śpiącym postanowiłem, że będę robił piętnastominutowe przerwy kawowo – jedzeniowe co 10 wejść (dokładnie po 35, 45 i 55 wejściu). Wtedy to szedłem na trzecie piętro gdzie był nasz chillout room, robiłem sobie podwójne espresso (za free od MER) i leżałem z nogami w górze odświeżając krążenie. Jadłem też wtedy smakołyki, które zabrałem ze sobą na trasę m.in. żelki haribo, milkę oreo, tubki day up czy ulubione fig bary. Na trasie co 5 wejść między przerwami jadłem po żelu energetycznym firm: ale lub diamant (to ta od cukru). Polecam Wam patent na izotonik własnej produkcji, który sprawdziłem już w zeszłym roku. Syrop klonowy, limonki, sól himalajska i muszynianka tworzą świetny, zdrowy i naturalny napój izotoniczny. Nie chciałem na tak długi czas przesadzać z wersją w proszku. Ważnym aspektem przy tego typu wysiłku jest uzupełnianie magnezu aby zapobiec skurczom, ja wziąłem tego dnia 4 tabletki po 100 mg cytrynianu magnezu.

 

 

Podobnie jak podział jesiennej Łemkowyny na siedem dyszek tak samo i tu przerwa co dziesięć wejść dobrze robiła mojej głowie. Był to realny, niezbyt odległy cel osiągany na treningach. Wchodziłem cały czas co dwa schodki czyli większość pracy wzięły na siebie mięśnie czworogłowe ud, do tego ramiona chwytające barierkę prawą ręką a lewą odpychając się od ściany. Jako, że barierka byłą momentami mokra od potu kompanów dla mnie lepiej było się chwytać kraty, która przechodziła przez całą wysokość klatki. W odróżnieniu od ubiegłorocznej edycji na ścianie Organizatorzy przykleili sporo kartek z motywującymi tekstami oraz ze zdjęciami Piotra Dymusa z poprzednich MER’ów a także z fotkami z Nepalu. W sytuacji kiedy cały dzień i noc spędzacie w dość wąskiej klatce schodowej takie kartki to naprawdę atrakcyjne widoki umilające marsz na szczyt. Zawsze to jakiś inny bodziec oprócz ścian, schodów i poręczy. Kolejna rada na nocne wchodzenie to ulubiona muzyka w uszach, czułem, że empetrójka dodaje mi +20% mocy. Słowa otuchy znajomych i nieznajomych towarzyszy „niedoli” także działały pozytywnie na kolejne kroki ku upragnionej górze.

Największy kryzys miałem przed 5 rano kiedy to już kofeina przestała działać gdyż po prostu chciało mi się spać. Udało się go jednak pokonać wizją, że na Mount Everest już mniej niż półtorej godziny i można wracać do domu. Na szczęście mieszkam pół kilometra od hotelu więc to chwila moment. Po 64 wejściach ostatnie postanowiłem pokonać już powoli jak formuła 1 która chłodzi silnik okrążeniem zjazdowym. Robiłem fotki wszystkim kartkom na ścianach, startu i mety, które mijałem 65-krotnie. Puszczałem przodem napieraczy, którzy chcieli walczyć o swoje cele do dziewiątej. Swój Everest osiągnąłem około godziny 6:15 rano, po odebraniu medalu, dyplomu i podziękowaniu szerpom wyszedłem na „wolność”. Było jasno, już nie byłem śpiący, przekroczyłem granicę senności albo to adrenalina po zdobyciu dachu świata na klatce schodowej tak na mnie działała. Nie mniej jednak należało wypocząć i po chłodnym prysznicu o 7 rano zasłoniłem żaluzje i poszedłem spać.

 

 

Mauna Kea?

 

Jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia (biegania, wchodzenia, jeżdżenia). Tak jak po ŁUT 70 pora na 100-kilometrowy Bieg 7 Dolin tak po Evereście za rok biorę się za najwyższą względną wysokość na Ziemi, czyli hawajski wulkan Mauna Kea. Co prawda ponad poziom oceanu wystaje on 4205 metrów ale z częścią podwodną od podstawy mierzy 10 203 m. Odpowiada temu 75 wejść łącznie na 3150 pięter i to będzie mój cel minimum na MER 2018. Ogromne wyrazy szacunku i podziwu dla Mariusza Marszala, który najszybciej zdobył w tym roku Everest (o godz.22:32!) oraz dla Jakuba Niedźwiadka, który pobił ubiegłoroczny (wydawałoby się nie do pobicia) rekord i wszedł aż 105 razy! Ogromne brawa dla najlepszej kobiety – Dominika Niemiro zdobyła 41 piętro 91 razy! Najlepsza sztafeta o nazwie GÓRY dwukrotnie wspięła się na Everest pokonując 132 pętle!
Chapeau bas, Wszyscy jesteście Wielcy!

 

„Nasz Everest”

 

Warto wspomnieć, że w tym roku imprezie towarzyszyła inauguracja kampanii społecznej budującej świadomość na temat choroby Pompego. Inicjatywa przyjęła nazwę „Nasz Everest” ponieważ osobom dotkniętym tą rzadką chorobą towarzyszą objawy jak przy górskiej wspinaczce: silne uczucie zmęczenia, problemy z oddychaniem oraz osłabienie mięśni nóg. Najprostsze aktywności stanowią dla nich największy wysiłek, tak naprawdę codziennie zmagają się ze swoim Everestem. Na świecie chorobę wykryto do tej pory u około 50 tysięcy ludzi natomiast z powodu nieoczywistych objawów diagnoza może potrwać nawet 8 lat. Na szczęście jej postępy można skutecznie zahamować poprzez refundowane metody leczenia. Mam nadzieję, że kampania poskutkuje szybszą diagnostyką oraz poprawą jakości życia pacjentów.

 

 

Dziękuję

 

Na koniec chcę podziękować za wszelkie wyrazy wsparcia i uznania rodzinie, znajomym oraz wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki. Organizatorom gratuluję profesjonalnie zorganizowanej imprezy, która pozwala uczestnikom przesuwać granice swojej wytrzymałości. To dla nas bardzo ważne. To jedyne takie wydarzenie w Polsce a nie wiem czy i nie na świecie. Sam podziwiam wszystkich uczestników, którzy szarpnęli się na tak wydawałoby się mało komfortową aktywność jak wchodzenie po schodach. Generalnie ludzie tego nie lubią a tutaj prawie 230 pozytywnie zakręconych ludzi z uśmiechem na twarzy i kubkami na szyi wykonywali tę syzyfową pracę. Impreza ma moim zdaniem pewien filozoficzny aspekt. Wchodzenie po schodach można porównać do ciężkiej drogi po swoje cele. I tak oto niektórzy są zadowoleni z Gubałówki, inni z Kilimandżaro a jeszcze innym nie wystarczy Everest. Można by to porównać do własnego życia, od którego każdy wymaga co innego ale to temat na doktorat więc nie brnę dalej 🙂 Raz jeszcze dziękuję wszystkim szerpom za pozytywną energię, ratownikom za poczucie bezpieczeństwa i uczestnikom za przyjazną rywalizację. Do zobaczenia w przyszłym roku.

 

D

dav


3 komentarze

100hrmax.pl

Luty 23, 2017at 9:48 am

Taki drobny patent w temacie śliskiej barierki – rowerowe rękawiczki (albo na siłownię) – bardzo poprawiają chwyt i chronią przed bąblami (moja jedyna szkoda na ciele po pierwszej miałem po pierwszej edycji)

    dgrycz

    Luty 23, 2017at 9:51 am

    Dzięki, masz rację, drugi raz ich nie wziąłem, do trzech razy sztuka, za rok obowiązkowo 🙂

Tomasz

Luty 26, 2017at 3:51 pm

good job 🙂